Dzisiaj parę słów o tym,

Dlaczego tak łatwo się zniechęcić?

Szczególnie na samym początku, kiedy przecież mamy najwięcej energii i zapału.
Bo przecież w końcu możemy się pozbyć tych obleśnych kilogramów, w końcu chcemy oswobodzić swoje ciało od tej grubej fałdy.
Zaczynamy więc jeść same sałatki i przestajemy już z tym okropnym glutenem.

Swoją drogą o mowie nienawiści do samych siebie będę pisać kiedy indziej.

Każdy dzień zaczyna się od odświeżającej przebieżki w lesie, a po południu wlatuje trening siłowy, żeby zaraz po nim zrelaksować się przy sesji jogi.
I nie zrozumcie mnie źle, to wszystko pewnie nam służy, ale niestety często tylko przez pierwszy tydzień lub maksymalnie dwa.
Wtedy zazwyczaj przychodzi ten dzień, kiedy skusimy się na tę jedną, ale TYLKO jedną czekoladkę…a potem na 10 bo przecież to i tak już bez sensu, przecież i tak już zawiodłyśmy.


Ale o tym, żeby nie traktować tej jednej czekoladki jako porażkę innym razem.

Dzisiaj chcę Wam powiedzieć, że ten zapał, który macie, proponuję rozłożyć w czasie.
Nie zaczynajcie z 10 postanowieniami na raz, bo szybko okaże się, że nie jesteście w stanie utrzymać na dłużej nawet jednego.
Lepiej zacząć od jednego, ale konsekwentnie, a inne powoli wprowadzać z czasem.

Cały widz polega na tym, żeby od swojego dotychczasowego stylu życia nie odbiegać za daleko, nawet jeśli jest bardzo zły. 

Zaczynacie od jednej małej zmiany, najłatwiejszej, a z czasem przechodzicie do następnej i następnej trudniejszej, aż za jakiś czas łapiecie się na tym, że Wasze nawyki w stosunku do początków sporo się zmieniły.

Dam Wam najbliższy mojemu sercu przykład, z którego jestem niesamowicie dumna.

W momencie kiedy spotkałam swojego męża, jego nawyki mnie przerażały.

No może przesadzam, ale nie było dobrze. 

No więc ja, najlepsza dietetyczna na świecie, postanowiłam przewrócić jego życie do góry nogami. 

Zaczęły się codzienne sałatki, warzywka i owocki.

Na szczęście był zakochany, więc dostosował się do mojego terroru..Nie na długo 🙂

Po jakimś czasie zaczęło się jedzenie na mieście, w ukryciu, żebym nie widziała. No i nie dziwię się, sama bym się bała takiej dyktatorki, ale wtedy myślałam, że przecież JA, wiem co jest najlepsze i najzdrowsze, myślałam że on musi jeść i żyć tak jak ja.

Jakież było moje zdziwienie, jak odkryłam, że zamiast terroru działa DAWANIE PRZYKŁADU.

Zaczęłam więc, pokazywać mu zdrowsze dania, ale nie zmuszałam do jedzenia. Zaczęłam wciskać cytrynę do wody, żeby pokazać, że pić można nie tylko colę.

No i tak, jest kwiecień 2020, a mój mąż dalej uwielbia słodycze, potrafi zjeść całą czekoladę Milkę, a do tego paczkę żelków. Potrafi też nie pić w ogóle Coli, jeść normalne obiady i czekać z niecierpliwością na awokado, które wciskam mu przy każdej okazji ( UWIELBIAM ).

Dlatego, kończąc już tę dygresję, świećcie przykładem i wprowadzajcie małe zmiany.
Z doświadczenia wiem, że łatwo to mówić, szczególnie wtedy kiedy nie zmagam się już z nadwagą, ale po to właśnie jestem.
Będziemy sobie takie rzeczy uzmysławiać, żebyście Wy, nie popełniały tych samych błędów co ja 🙂

Jestem ciekawa, czy wpadłyście kiedyś w wir zmieniania każdego aspektu swojego stylu życia?

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kinga Wittenbeck

Jestem dyplomowaną dietetyczką, która uwielbia jeść!

Nie wyobrażam sobie swojego życia bez dobrego jedzenia i zawsze powtarzam, że życie jest za krótkie na niedobre jedzenie.

Prywatnie mieszkam w Nowym Jorku z moim hiszpańskim mężem.

Gotuję szybko, bezmięsnie i smacznie, a oprócz tego kocham dobrą kawę i wszelkie morza i oceany.

Polub mnie na Facebook


.